Półmaraton Warszawski

Zaplanowałam udział w tym biegu z dużym wyprzedzeniem. Potrzebowałam czegoś co będzie mnie motywowało, co będzie mi przypominało „po co to robię” – po co wychodzę z domu w lodowate nieprzyjemne dni i pchając przed siebie ciężki wózek z dzieckiem walczę z wiatrem , deszczem i słabościami własnego ciała. Potrzebowałam jakiegoś punktu zaczepienia w niezbyt odległej przyszłości. Bo rok 2022 był wyjątkowo trudny i postawił mnie w obliczu trudów jakich w swojej radosnej naiwności nie oczekiwałam kompletnie. Życie.

Bieganie kolejny raz okazało się remedium na ogromny stres, a regularne treningi dały poczucie kontroli nad moim światem. Starałam się biegać 3-4 razy w tygodniu choć bywało różnie. Przynajmniej raz w tygodniu ćwiczyłam na domowej siłowni, która po pandemii stała się obowiązkowym wyposażeniem mojego mieszkania. Zakładałam, że trening ogólnorozwojowy będę robić dwa razy w tygodniu, ale ponieważ zawsze robię go w towarzystwie malutkiej córki i muszę żonglować czasem między porą jej drzemki, obiadem i moimi zawodowymi wyzwaniami matki-polki-pracującej zaginałam czas żeby w ogóle jakoś trenować.

Kilkanaście dni przed warszawską połówką dopadł mnie jakiś wirus i zaczęłam się nawet zastanawiać czy nie skorzystać z wykupionej opcji zwrotu pieniędzy za pakiet w przypadku rezygnacji. Ostatecznie, swoim zwyczajem, zdecydowałam się nie poddawać…

Warszawa powitała nas chłodem i od razu zmienną pogodą. Wysiedliśmy z pociągu blisko startu i ruszyliśmy w kierunku, w którym podążał tłum biegaczy 🙂 My czyli ja- matka biegaczka i reszta rodziny z wyjątkiem mojej starszej córki, która miała na ten dzień inne plany. Niedługo potem spotkaliśmy się z kolegą z klubu, Piotrkiem, z którym ostatecznie udałam się do strefy startowej. Przypomniałam sobie, że biegliśmy razem w Warszawie dokładnie 10 lat temu – pamiętny półmaraton kiedy było – 15 stopni.

Z kolegą z KB Arturówek Łódź

Szukałam w strefie startowej mojej podopiecznej żeby życzyć jej jeszcze raz powodzenia przed wystrzałem startera. Jej startem przejmowałam się od początku bardziej niż swoim, bo przygotowywałam ją do zrobienia życiowki. Myślę, że dla trenera to zawsze duże przeżycie i prawdę mówiąc największa satysfakcja. Niestety nie udało nam się już spotkać przed samym startem; zrobiło się tłoczno i ostatecznie zgubiłam też Piotrka. Zaczął padać deszcz a chwilę później z głośników popłynął „Sen o Warszawie” Niemena. 10, 9, 8….1, start. Fala biegaczy ruszyła powoli na trasę.

Chwilę przed startem

Pierwsze kilometry biegłam nie czując nawet, że biegnę. Chwilami chyba przyspieszyłam bo mijałam ludzi przed sobą, ale oddech miałam spokojny i zupełnie nie wiem dlaczego zegarek momentami pokazywał dziwnie wysokie tętno. Może ja zawsze takie mam? Zaczęłam myśleć w jakim właściwie tempie powinnam biec, bo nie zaplanowałam tego wcześniej. Nawet nie przyszło mi do głowy myśleć w jakim czasie ukończę sama ten półmaraton. Pierwszy po dłuższej przerwie, dwa lata po urodzeniu drugiej córki i wiele miesięcy po tym jak przestały się dla mnie liczyć rekordy życiowe. Teraz biegłam z intencją… może trochę pogmatwaną, złożoną i wielowątkową, ale tak bardzo zaprzątającą moje myśli, że do połowy półmaratonu biegłam nie myśląc za bardzo, że biegnę oprócz tego, że od początku miałam dziwnie spiętą lewą łydkę…

Starty w biegach zawsze dają mi mnóstwo pozytywnej energii 🙂

Na 14 kilometrze poczułam zmęczenie w nogach. I w płucach. Nie jakieś koszmarne, ale poczułam, że jednak tempo 4:35 min/km jest dla mnie pewnym wysiłkiem. Została jednak 1/3 dystansu do mety i postanowiłam po prostu utrzymać to tempo. Krok za krokiem, uderzenie stopy o asfalt, kolejna fala deszczu i zaraz potem ciepłe promienie słoneczne. Zmoczyło nas chyba z 6 razy podczas całego biegu. Ale w zasadzie pogoda była idealna. Nawet okresowe dość silne podmuchy wiatru nie przeszkadzały aż tak bardzo.

Ostatnie 4 kilometry okazały się wyzwaniem. Wiedziałam, że nie mogę zwolnić. Gdybym odpuściła byłoby to tak jakbym się poddała a ja jestem typem zadaniowym i lubię wygrywać. I nie, nie chodzi wcale o miejsce na podium, bo do tego przecież nie miałam ani szans aspirować ani takiego zamiaru. Wygrana oznacza dla mnie właśnie tyle – NIE ODPUSZCZAĆ nawet wtedy kiedy robi się naprawdę trudno, kiedy zaczyna boleć, kiedy… łatwiej byłoby właśnie odpuścić i machnąć ręką. Nie było jednak takiej opcji. Na kilometr przed metą przyspieszyłam a sam finisz to był sprint i naprawdę czułam, że niesie mnie jakaś magiczna energia z kosmosu, uczucie wielkiej satysfakcji i wygrana 🙂 1 godzina 36 minut i 45 sekund. Wynik aż nadto zadowalający; tylko jakieś 5 minut gorszy od mojej życiówki sprzed… 10 lat, sprzed drugiej ciąży, z innej (wyścigowej) epoki 🙂

Do mety był sprint 🙂

Największą radość sprawił mi chwilę później sms od mojej podopiecznej, która pobiegła po rekord życiowy. To największa nagroda i satysfakcja. W takich momentach wiem, że moja praca ma sens, że to coś więcej niż praca. To pomoc w spełnianiu marzeń. Piękna sprawa 🙂

Kolejny medal do mojej pokaźnej kolekcji 🙂

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Kate trenuje

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej