18. Bieg Ulicą Piotrkowską

48 minut i 15 sekund. Tyle czasu zajęło nam pokonanie 10-o kilometrowej trasy Biegu Ulicą Piotrkowską. W strugach zacinającego lodowatego deszczu, z ważącym kilkanaście kilogramów wózkiem z dzieckiem (i w ogóle w tą pogodę z 8-o miesięczny dzieckiem… o la boga! Ha ha) wyzwanie należało do gatunku „karkołomnych” . Ale było fantastycznie! Choć zabrakło dopingu kibiców, choć nie doczytałam w regulaminie, że 6 strefa (z wózkami i najwolniejsza) rusza razem z 1 najszybszą. Choć bardzo, ale to bardzo mi się nie chciało i do południa zrzędziłam sobie pod nosem co to za pomysł miałam, żeby zapisywać się na jakiś bieg z wózkiem dziecięcym… Jestem mega szczęśliwa, że wzięliśmy udział. Impreza organizacyjnie bardzo fajnie ogarnięta. A my zrobiliśmy kawał dobrej roboty łamiąc 50 minut, co mi się wydawało raczej nieosiągalne biorąc pod uwagę tempo jakim zwykle biegam pchając wózek. Trening jednak robi swoje. W połączeniu z adrenaliną daje, jak widać, rezultaty 🙂 Zaskakująco dobre!

Na Piotrkowskiej biegłam tylko dwa razy, mimo, że to jeden z najbardziej znanych biegów w moim rodzinnym mieście Łodzi. W jednej z pierwszych edycji tych zawodów, kiedy jeszcze trasa liczyła niespełna 5 kilometrów i leciała tylko po słynnej ulicy Piotrkowskiej zajęłam 3 miejsce i wygrałam kuchnię gazową, którą do dziś ma moja babcia 🙂 Stare dzieje, he he. W nowej wersji biegu brałam udział kiedy moja starsza córka miała roczek! Wtedy wygrałam kategorię „najszybsza mama” i byłam z siebie cholernie dumna! W tym roku bieg został przełożony z maja na wrzesień przez tą całą sytuację covidową i w sumie dlatego znaleźliśmy się z Michałem na liście startowej – chciałam wystartować w jakimś biegu na 10 kilometrów. Z wózkiem.

Po jakichś 2 latach bez startów można wyjść z wprawy. Poza tym start biegu zaplanowany był na popołudnie – nie lubię tego. Wolę mieć wysiłek „z głowy” i wystartować rano. Czekanie na start do 16-17 jest obciążające psychicznie i sprawia, ze cały dzień jest podporządkowany imprezie. Tym razem cały dzień… padało. Mniej lub bardziej, ale siąpiło a do tego temperatura powietrza zrobiła się wybitnie jesienna. Było zwyczajnie zimno. Opatuliłam Malucha w kilka warstw, wpakowałam w wózek i ruszyliśmy…

Przed startem 🙂

Ruszyliśmy za szybko i od razu moje tętno poszybowało w kosmos. Zwolniłam. Przestałam się też upierać, że to ja i tylko ja będę pchała wózek. Zresztą – to miał być wspólny bieg. Starsza siostra małej Oleńki zrobiła dla niej nawet numer startowy – wpisując na niego mój numer i numer Michała 🙂 Pchaliśmy więc wózek wspólnie, czasem na chwilę przejmowałam pałeczkę – głównie wtedy kiedy było z górki. Pod górę pomoc Michała była nieoceniona. Mniej więcej w połowie trasy… rozkręciłam się. Jak za „starych czasów”… ja zawsze rozkręcam się w biegu po jakimś czasie. Do mety pchała mnie czysta radość i… dreszcze zimna przeszywające ciało. Nasiąknięte zimnym deszczem ciuchy nie ułatwiały zadania. Po przebiegnięciu linii mety, zmoknięci i szczęśliwi szybko zebraliśmy się do domu, żeby zupełnie nie przemarznąć.

To był bardzo budujący dzień. I bardzo udany start!

Zmarznięci, zmoknięci i szczęśliwi. Z medalami 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: