Wielka Szczyrkowska

Kilka lat nie biegałam w górach. Najpierw fascynacja triathlonem i skupienie na zawodach TRI, później pandemia, ciąża i poród drugiej córki. To wszystko oddaliło mnie od gór i choć bywałam w nich to jednak „tylko” turystycznie, pochodzić. Długie biegi w ogóle odpuściłam. Aż do teraz. Na Wielką Szczyrkowską zapisałam się kilka miesięcy wcześniej trochę przypadkiem, bo impreza miała się odbywać w Szczyrku, a więc niedaleko miejsca, gdzie mieszka moja przyjaciółka. Każdy powód jest dobry żeby odwiedzić przyjaciółkę, więc pomyślałam – dobra, może to znak, zapiszę się.

Plany treningowe miałam takie średnio ambitne – planowałam po prostu regularnie biegać z wózkiem z dzieckiem i od marca zacząć bieganie po schodach w budynku, w którym mieszkam. Z treningów na schodach nie udało mi się zrealizować ani jednego, bo zawsze byłam albo zbyt już zmęczona, albo miałam inne ciekawsze zajęcia wymagające mojej uwagi. Z wózkiem biegałam przynajmniej 3 razy w tygodniu, czasami 4. Regularnie też ćwiczę w domu na macie lub na dworze – ogólnorozwojówkę. Bieganie z przepukliną kręgosłupa wymaga ode mnie żelaznej dyscypliny jeśli chodzi o te ćwiczenia. Nie ma nie mogę, nie ma nie mam czasu, nie ma nie chce mi się. Wzmacniam mięśnie wokół kręgosłupa a przy okazji robię siłę – pompki, brzuchy, podciągnięcia, przysiady i wykroki wszelkiego rodzaju są u mnie na porządku dziennym. Kto mnie zna ten wie, że jak robię przysiady to robię ich 100 albo 150 na jednym treningu. Obok innych ćwiczeń. Tak, tyram, nie oszczędzam się 😀

Jednak… najdłuższy dystans jaki przebiegłam przygotowując się do 40-o kilometrowej trasy Wielkiej Szczyrkowskiej to było 20 kilometrów. Pobiegałabym dalej (bo do maratonu powinno się zrobić przynajmniej ze dwa wybiegania rzędu 25-30km), ale ponieważ tak jak wspomniałam, biegam tylko z dzieckiem w wózku to musiałam dopasować swoje treningi do możliwości maluszka. Dłużej Mała nie wytrzyma po prostu w wózku. Trudno. Czułam się raczej niezbyt przygotowana, ale też podekscytowana perspektywą przemierzania gór z pozycji biegaczki!

3, 2, 1… Start

Po kilku minutach od startu chwyciła mnie kolka obwieszczając mi, że zbyt późno zjadłam śniadanie. Zignorowłam ból i rozpoczęłam rozmowę z moim ciałem – to zaraz minie, będzie dobrze, to będzie dobry bieg! Pozytywna afirmacja czeto działa. W biegach długodystansowych liczy się przede wszystkim nastawienie – głowa. Albo masz „silny łeb” i ukończysz dystans, albo nie i w którymś momencie odpuścisz…

To będzie dobry bieg! I był! Był fantastyczny aż do mniej więcej 17 kilometra trasy… Oddech wyrównał się po kilku kilometrach, nogi mnie niosły, pokonywałam kolejne wzniesienia wyprzedzając najpierw wszystkie uczestniczki, a później nie pozwalając się dogonić. Na zbiegach przyspieszałam i chwytałam wiatr we włosy. Biegło mi się świetnie. Tak świetnie, że… nie zauważyłam strzałki na drzewie, która rozdziela trasy na 40 i na 65 kilometrów… Wstążki znaczne trasę wszystkie były w kolorze różowym więc leciałam za nimi…

Pognałam przed siebie i dalej zachwycałam się biegiem i widokami. Aż do momentu kiedy spotkałam jednego z organizatorów… zbiegającego tasiemki znakujące trasę… Trasę na 65 kilometrów, na której się znalazłam przez swoją nieuwagę! Kiedy usłyszałam, że jestem nie tu, gdzie powinnam być, a rozwidlenie było „jakieś 3 kilometry wcześniej”… świat zamigotał mi przed oczyma i kiedy pełna niedowierzania zawróciłam i zaczęłam bieg z powrotem powoli docierało do mnie, że… to już koniec tego wyścigu dla mnie…

Po pierwsze nadrobię przynajmniej 6 kilometrów. Po drugie nie wiem w ogóle czy trafię na właściwą trasę, a jeśli tak to przecież wszyscy pobiegli dobrze więc już nie dogonię czołówki. Nie tylko nie powalczę o podium, ale wręcz będę jedną z ostatnich. Jeśli w ogóle ukończę bieg, bo nagle świadomość tego co się wydarzyło stała się niezwykle ciężka do zaakceptowania. Ścieżka powrotna wiła się w górę wypompowując ze mnie energię. Biegłam nie zwalniając łudząc się jeszcze, że czym prędzej znajdę się na właściwej trasie. Kiedy to już nastąpiło miałam nogach… 8 kilometrów więcej niż pozostali! Byłam prawie na 30 kilometrze kiedy inni mieli z sobą 22. I byłam zmęczona psychicznie tą bezmyślną pogonią. Wiedziałam już, że teraz jedyne co mi zostało z rywalizacji to po prostu walka z samą sobą, żeby dobiec do mety… Na początku niełatwo było to zaakceptować, bo… głód biegania wyzwolił we mnie chęć rywalizacji!

Przez następne kilometry za każdym razem kiedy dopadał mnie lekki kryzys potrafiłam myślec niemal wyłącznie o tym, że nadrobiłam bez sensu te 8 kilometrów. Kiedy wyprzedzałam kogoś myślałam o tym, że… on ma łatwiej, bo pokonał krótszy dystans… Trudno było wyrzucić to z głowy. Trochę przykro było słyszeć na punkcie żywieniowym pytania „co się stało, przecież byłaś pierwsza”. No byłam… i może dalej bym była, bo miałam moc, miałam determinację, żeby nie dać się wyprzedzić, żeby powalczyć mimo narastającego zmęczenia. W biegach długodystansowych jest tak, że nie ważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz… Czy utrzymałabym tempo do końca? Czy wygrałabym ten bieg? Na pewno miałam szanse. Patrzyłam później na wyniki i czas, w którym ukończyła pierwsza zawodniczka. To było w zasięgu. Zdecydowanie. Choć przed przyjazdem na ten bieg w głowie mi się nie mieściło choćby zastanawiać się nad podium to okazało się, że… jestem w zaskakująco dobrej formie.

Dopingowali mnie moja przyjaciółka z mężem i moją starszą córką. A na ostatnim podejściu przed zbiegiem do mety, w drodze na Skrzyczne spotkałam Michała z naszą malutką w nosidle. Mimo wszystko poczułam się szczęśliwa. Nie miało już znaczenia, że „mogłam być w czołówce”. Wygrałam i tak. Bo jestem tu gdzie jestem. Odpuściłam ciśnięcie na czas bo nie widziałam w tym sensu, ale nie odpuściłam biegu. Celem znów stało się jedynie ukończenie dystansu. Tym razem mojego własnego małego ultra. Krok po kroku, do przodu. Mogłam zejść z trasy. Mogłam odpuścić zupełnie, ale… to nie ja. Ja się nie poddaję 🙂 Wiecie, w biegu jak w życiu… czasem błądzi się i idzie do celu okrężną drogą. Czasem jest naprawdę źle po to, żeby później było lepiej. Trudy i problemy weryfikują to kim jesteśmy. Zwycięzcy się nie poddają!

Ukończyłam. Przebiegłam 49 kilometrów zamiast 40 (później zgubiłam trasę jeszcze raz tylko na szczęście tylko kawałeczek). Meta wywołała we mnie radość. Radość z tego, że mimo wszystko ukończyłam, radość z dobrej formy, radość z biegania w górach. Na trasie było przepięknie. Widoki wynagradzały mi długie miesiące szarzyzny w łódzkiej rzeczywistości kiedy chlapa nie chlapa brałam do wózka Młodą i biegłam przed siebie szarymi ulicami w kierunku lasu. Dla takich chwil na górskim szlaku warto przez wiele tygodni robić swoje, krok po kroku, z determinacją i uporem, na przekór słabościom, przerywanym przez dziecięcy płacz nocom, na przekór „nie mam siły” i „nie mogę”. Bo wiecie, jak to powtarzam od lat – NIE MA NIE MOGĘ.

Jeśli czegoś pragniesz, jeśli masz cel i wystarczająco długo trzymasz się tego celu to naprawdę – nie ma rzeczy niemożliwych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: