Zacząć biegać – zacząć życie sportowca.

Kiedy mówię komuś, że biegam już ponad 20 lat zwykle spotykam się ze zdumieniem rozmówcy. Dwadzieścia lat – było nie było kawał życia, mnóstwo przeżyć, wiele wzlotów upadków, sporo powodów, żeby zasznurować buty i pobiec przed siebie. Te powody wielokrotnie się zmieniały – biegałam z podejściem godnym sportowca mając na celu głównie rywalizację; biegałam powoli z trudem łapiąc oddech przez łzy; biegałam pełna wściekłości na cały świat; biegałam w bólu, w niepewności i dla zabawy ze znajomymi. Bieganie pomogło mi przetrwać najtrudniejsze chwile, a jednocześnie nie raz było po prostu motywacją do działania i morzem zwykłej beztroskiej radości.

Miałam tyko kilka pauz od biegania przez te 20 lat – po pierwszej ciąży, w trakcie dwóch kontuzji (kiedy mnie dopadła przepuklina kręgosłupa, a później zespół pasma biodrowo-piszczelowego) i teraz – w drugiej ciąży kiedy moje bieganie zdążyło już przejść całkiem długą drogę przez biegi ultra po triathlon, w którym zakochałam się całkiem niedawno. Każdy ma swoją historię. Niektórzy moją już znają, ale pomyślałam, że się nią podzielę również tutaj.

Jak to się stało, że w ogóle zaczęłam biegać te 20 lat temu?

Moja przygoda z bieganiem zaczęła się jakoś w 2000 roku. Byłam wtedy zupełnie bez kondycji, ważyłam kilka kilogramów za dużo i mieszkałam w USA – w kraju, gdzie wszędzie jeździ się samochodem.  Mój pierwszy cel – przebiec bez zatrzymywania się 3 mile (ok 5km) – został narzucony przez szkolną drużynę biegów przełajowych, do której chciałam się dostać. Na początku nowego roku był nabór i taki właśnie był wymóg. Miałam 2 miesiące czasu żeby się przygotować.

Skąd w ogóle pomysł żeby akurat biegać? Do dzisiaj nie wiem. Może dlatego, że dużo wcześniej – w podstawówce – wyprzedzałam koleżanki na w-fie… A może bardziej dlatego, że nie dostałam się do wymarzonej drużyny tenisowej (czy miałam szanse nigdy się nie dowiem, bo na samym początku złapała mnie kontuzja ręki i nie byłam w stanie utrzymać rakiety). A ja bardzo chciałam należeć do szkolnej drużyny sportowej! Dlaczego? Bo w tamtej rzeczywistości, w amerykańskiej szkole, być w drużynie sportowej oznaczało być kimś, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało…

Ponad 5 kilometrów! Wtedy to brzmiało dla mnie jak maraton. Ale chciałam sobie udowodnić, że dam radę (nie ostatni raz jak się później okazało ;)) W związku z tym w któryś upalny lipcowy dzień zasznurowałam moje nowiutkie buty do biegania i ruszyłam drogą przed siebie. Po kilku minutach zabrakło mi tchu i potwornie rozbolała mnie głowa – od gorąca i wysiłku. Zatrzymałam się i powiedziałam sobie „nigdy więcej”. Aż do następnego dnia, kiedy znów zasznurowałm buty dając bieganiu „ostatnią” szansę. Przez kilkanaście dni za każdym kolejnym razem wracając do domu mówiłam sobie, że to był ostatni raz. Ale później wychodziłam znowu. Aż któregoś dnia zupełnie niespostrzeżenie bieganie zaczęło mi sprawiać przyjemność 🙂

Do drużyny dostałam się bez problemu, najpierw nie szło mi jakoś rewelacyjnie ale finalnie przez ostatni rok liceum reprezentowałam moją szkołę w biegu na 800m będąc częścią sztafety 4 x 800m. To było ogromne wyróżnienie, sporo wyjazdów i niezapomniana lekcja dyscypliny i… pokory. Niektóre zdania mojego trenera, Seana, pamiętam jeszcze do dziś…

przekazuję pałeczkę koleżance podczas zawodów na tartanie

Skończyłam szkołę i na studia wróciłam do Polski. Wtedy przeżyłam szok – tutaj nikt nie biegał! Kiedy wychodziłam potruchtać koło domu ludzie nie szczędzili szydzących komentarzy, przyglądali mi się, pukali po głowach… Serio… dziś może trudno w to uwierzyć. A jednak spotkałam kiedyś po drodze kogoś, kto nie patrzył na mnie jak na wariatkę – biegacza, który zaprosił mnie do klubu biegowego. W ten sposób stopniowo poznałam łódzkie środowisko biegowe i zostałam członkinią Klubu Biegacza Arturówek Łódź, w którym jestem do dzisiaj.

Od 800 m do ultramaratonu i… TRI

Jeśli ktoś pomyśli, że na początku było mi łatwo w amatorskim klubie biegacza, to jest w wielkim błędzie! Koledzy z klubu „pędzili” przez 15 kilometrów, a ja próbowałam ich dogonić tracąc oddech. Bałam się, że jak stracę ich z oczu to zgubię się w nieznanym lesie. Cóż, doświadczenie w treningach pod dystans 800m niewiele pomogło w kontakcie z zapalonymi maratończykami! Byłam zupełnym żółtodziobem! Tak po raz kolejny rozpoczęła się moja przygoda z bieganiem, która przerodziła się z czasem w wielką pasję…

Po tym jak urodziłam moją pierwszą córkę w 2011 roku zabrałam się za bieganie ze zdwojonym entuzjazmem. Potrzebowałam odskoczni, chwili dla siebie i… potrzebowałam sobie udowodnić, że mogę, że dam radę. To po ciąży zrobiłam rekordy życiowe na wszystkich dystansach od 5 km po maraton. Zaczęłam też biegać po górach i startować w ultramaratonach. Najdłuższy dystans jaki przebiegłam dotychczas to 120 kilometrów. W świecie ultra to niewiele, ale choć ostatnio przerzuciłam się na triathlon, nie wiem czy powiedziałam już ostatnie słowo jeśli chodzi o dystanse ultra…

Triathlon… właśnie, to kolejny przystanek tej sportowej historii. Przez wiele lat ta dyscyplina wydawała mi się czymś kompletnie niedoścignionym dla mnie – nie jeździłam na rowerze (poza okazjonalną wycieczką koło domu raz do roku w czasie wakacji) i nie umiałam pływać kraulem (miałam za sobą trzy próby nauczenia się, wszystkie zakończone fiaskiem). A jednak! Triathlon pojawił się w moim życiu wraz z… zakończeniem pierwszego małżeństwa. Pojechałam kibicować znajomym, pomyślałam, że spróbuję i na kolejnych zawodach zrobiłam swój debiut na 1/8 Ironmana – płynąc żabą, jadąc na starym rowerze górskim pożyczonym od mamy i… wyprzedzając na odcinku biegowym – jak na biegaczkę przystało. Bo w końcu jestem głównie biegaczką 🙂 Choć w międzyczasie nauczyłam się pływać kraulem, kupiłam rower szosowy, mam już na swoim koncie jedną połówkę Ironmana i… plany startowe związane teraz głównie triatlonem.

W połowie stycznia urodzę drugie dziecko. W połowie lipca (tego samego roku) planuję ukończyć 1/2 Ironmana. Plan tyle szalony, co głupi. Ale pewna doza głupoty i szaleństwa jest w życiu potrzebna, żeby czerpać radochę pełnymi garściami. Zmuszona od 5 miesiąca ciąży do biegowej abstynencji czuję w sobie wielką biegową i sportową chuć. Trzymajcie kciuki! A ja z radością, już niedługo będę się dzielić moimi przygotowaniami!

A jak zaczęła się Wasza sportowa historia? Pamiętacie swój pierwszy bieg? Pierwszy raz na zawodach? Pierwszy triathlon?

One thought on “Zacząć biegać – zacząć życie sportowca.

  1. Super 😉 biegam około 10 lat, najdłuższa przerwa (aż 3 lata) wypadła wraz z urodzeniem dwójki dzieci. Teraz powoli wracam. Kocham to! Może kiedyś zaliczę jakiś triatlon… człowiek jest zdolny do niesamowitych rzeczy 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: