„Najlepsza mama” na 10 Biegu Ulicą Piotrkowską w Łodzi

Dziś brałam udział w 10. Biegu Ulicą Piotrkowską w Łodzi. Trasa była dobra i z atestem, start trochę niefortunnie po południu, a impreza odbywała się w Dzień Mamy. W związku z tym ostatnim faktem zażyczyłam sobie w ramach prezentu, żeby na mecie czekał na mnie mąż z córeczką…

Trochę obawiałam się co prawda o to, że będzie za późno dla Małej, bo bieg główny na 10km miał się zacząć o 18:15. W ogóle ta godzina pokrzyżowała nam plany, bo mieliśmy zaproszenie na imprezę „pracową” męża i w końcu wyszło tak, że nie mogliśmy na nią pójść. Byliśmy tylko pzez 2 godziny na poprzedzającym imprezę pikniku rodzinnym, gdzie nawąchałam się zapachów pieczonej karkówki z grilla. Przez start w biegu nie mogłam jednak nic zjeść więc patrzyłam tylko jak wszyscy inni objadają się smakołykami. Sama zadowoliłam się bananem i własnoręcznie przygotowanym izotnikiem. Byłam głodna jak nie wiem co! Oj, nie lubię biegów, które zaczynają się wieczorami…

Nie ma sensu rozpisywanie się o tym jak bardzo pechowy był to dla mnie dzień – złożyło się na to mnóstwo drobiazgów, od rozlanej kawy rano przez korek na drodze aż po skaleczoną (w bardzo głupi sposób) rękę.

Sam bieg okazał się nieźle zorganizowany. Start odbył się bez niespodzianek. Nie było przepychania i od samego początku w zasadzie biegło mi się dobrze. Pierwsze dwa kilometry przeleciałam trochę szybciej niż zakładałam po czym celowo zwolniłam. Zwykle przyspieszam mniej więcej po połowie dystansu. Dziś tego nie zrobiłam  – pobiegałam asekuracyjnie nie chcąc stracić sił na finisz, gdzie wiedziałam, że będę ścigać się z koleżanką, która trzymała się kilka metrów za mną. A że w grę wchodziło miejsce w kategorii to wybrałam miejsce, a nie rewelacyjny czas. W rezultacie dotarłam na metę kończąc bieg sprintem. Nogi same mnie niosły i na koniec nie czułam w zasadzie wielkiego zmęczenia. Wniosek – mogłam dziś pobiec zdecydowanie szybciej! W ogóle ostatnio czuję niedosyt. W zasadzie po każdym biegu mam wrażenie, że nie dałam z siebie wszystkiego, że jednak mogło być lepiej. Z jednej strony – to świetna informacja. Ale z drugiej strony – czekam na bieg, po którym będę mieć pewność, że „to było to, nie dałabym rady ani sekundy szybciej”.

Na mecie czekali na mnie nie tylko mąż z córeczką, ale również moja mama i moja najlepsza przyjaciółka ze swoim mężczyzną:) Zrobiło mi się miło! Po biegu dość szybko zaczęło się rozdawanie nagród, choć nie ukrywam, że zrobił się niemały bałagan. Nie mogłam znaleźć informacji o wynikach ani dopytać się nikogo gdzie je wywiesili. Pozostawało stać i czekać. Nie mogłam też niestety od razu pogratulować znajomym ich pucharów w kategoriach wiekowych, bo… zajmowałam się moim stęsknionym i marudnym już o tej godzinie dzieckiem. Pierwszy raz w życiu robiłam Małej kaszkę  na środku Łódzkiej Manufaktury! – pomógł mi fantastyczny wynalazek w postaci termosu i jeszcze bardziej fantastyczny wynalazek w postaci kaszki dla niemowląt instant… Po jedzeniu Paula była już tak zmęczona tym długim, intensywnym dniem, że musiałam trzymać ją na rękach, bujać i przytulać, żeby nie płakała. Adrenalina jeszcze robiła swoje, bo nie czułam ani zimna, ani głodu. Ogarnęła mnie chęć powrotu z Małą do domu, bo żal mi jej było, że jest taka zmęczona, a wokół hałas. W końcu zasnęła mi na rękach, a chwilę później po wszystkich innych kategoriach nagród wyczytano kategorię „najlepsza mama”.

Pierwszy raz spotkałam się w ogóle z taką kategorią i myślę, że to bardzo fajny gest organizatora, szczególnie ze względu na dzisiejsze święto. A że mamą jestem od niedawna, to po prostu mam bardzo ładny prezent na dzień mamy – w postaci zgrabnego pucharu i nagrody, bo udało się wywalczyć pierwsze miejsce…

Na przyszłość jednak organizator mógłby wykazać się bardziej wybujałą wyobraźnią i nie czekać z ogłoszeniem kategorii „mama” do samego końca, bo przecież wiadomo, że mama zwykle ma przy sobie małego szkraba, który w okolicach 20-ej robi się już bardzo senny i mama powinna zabrać go do domu! No, ale nie ma co narzekać. Paula smacznie spała, ja odebrałam nagrodę i wreszcie po całym dniu głodówki mogłam wybrać się coś zjeść – z moją mamą tym razem. Bo w końcu dziś było też jej święto:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: