Chemnitz Półmaraton – moje zwycięstwo!

Od mojego startu w niemieckim Chemnitz minęły prawie 3 dni…  Pisząc tą relację robię jednocześnie okłady z lodu na zbolałe (skatowane?) mięśnie czworogłowe… Chemnitz mnie dobiło, wycieńczyło, sponiewierało… ale nie pokonało mnie! Dobiegłam do mety półmaratonu w czasie gorszym od mojej życiówki o niecałe 5 minut, choć byłam już  przekonana, że nie dobiegnę wcale. W dodatku zupełnie niespodziewanie okazałam się pierwszą kobietą na mecie. Wygrałam półmaraton. Ale przede wszystkim wygrałam toczącą się przez ponad 11 kilometrów walkę ze słabością własnego ciała…

Ale po kolei:

Przedstartowe oczekiwanie…

Ponieważ Chemnitz jest miastem partnerskim Łodzi nasz klub biegacza dostał zaproszenie na maraton z Urzędu Miasta. Było nas 13 osób z Klubu Biegacza „Arturówek” Łódź i 6 osób z drugiego łódzkiego klubu – Szakale Bałut. Już przy zapisach można było wybrać sobie dystans – maraton, półmaraton lub 10km. Wybrałam połówkę, jako że maratonu w ogóle nie planuję biec w tym roku, a jechać taki szmat drogi żeby przebiec dychę… no nie… nie chciało mi się:) Impreza miała się odbyć 30 czerwca zatem istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie ciepło. I rzeczywiście – już na kilka dni przed wyjazdem zapowiadali upały…

Wyruszyliśmy zorganizowanym przez nasz klub busem w piątek o piątej rano. Nie ukrywam, że pobudka o 4 nad ranem z przyczyn innych niż płaczące dziecko wcale nie była taka prosta. Kiedy po około 10 godzinach jazdy w bardzo gorącej atmosferze  dotarliśmy do hostelu w centrum Chemnitz, wszyscy chyba odetchnęli z ulgą (niestety w busie zabrakło klimatyzacji). Hostel okazał się iście luksusowy, a my okazaliśmy się jednymi z pierwszych gości w jego historii, ponieważ obiekt oddano do użytku na początku czerwca. W holu przywitała nas przesympatyczna pani koordynator całego przedsięwzięcia „międzymiastowego” od razu z numerami startowymi i pamiątkowymi koszulkami technicznymi z maratonu. Przez chwilę zrobiło się zamieszanie, ponieważ okazało się, że kilkoro biegaczy z drugiego klubu nie znalazło się na liście. Sytuacja jednak bardzo szybko została opanowana i wszyscy udali się odświeżyć przed pasta party, na które byliśmy zaproszeni.

Jedzenie na pasta party było pyszne:) Świeże, smaczne i ładnie podane:) Nie mam porównania (w przeciwieństwie do większości moich znajomych z Klubu, którzy wielokrotnie startowali już w imprezach zagranicznych). To był mój pierwszy bieg zagranicą (jeśli nie liczyć początków mojego biegania w szkole średniej i 10km biegu przełajowego w parku w angielskim Nottingham, gdzie mieszkałam przez pół roku po studiach).

Bieg, którego nie zapomnę…

W dniu biegu na śniadanie zjadłam tylko bułkę z miodem i popiłam kawą. Trochę ciężko było się oprzeć smakołykom z bufetu szwedzkiego, ale… czego się nie robi dla wyniku. No właśnie – wyniku. W tym miejscu należy zaznaczyć, że założyłam sobie WYNIK. Miała być życiówka, a konkretnie – chciałam złamać 1:35. Bardzo pobożne życzenia (albo raczej przejaw skrajnej głupoty lub… zadufania w sobie!) biorąc pod uwagę fakt, że od samego rana był skrajny upał i po kilku minutach przebywania na dworze było się mokrym! Cóż, mądrzejsi (lub bardziej doświadczeni w letnich startach) ode mnie raczej odpuścili sobie wyścigi za życiówkami. I mieli rację!

O godzinie 10 ruszył maraton, a godzinę później był start na połówkę i na dychę. Ponieważ z naszego klubu tylko dwóch śmiałków zdecydowało się na cały maraton, reszta grupy ustawiła się razem na starcie o 11. Żar lał się z nieba. Kto organizuje taki bieg w ostatni dzień czerwca w samo południe??? To retoryczne pytanie do organizatorów padło na pewno nie jeden raz.

Ruszyliśmy z samego centrum i kierowaliśmy się w stronę parku. Tutaj warto wspomnieć, że impreza w Chemnitz zdecydowanie nie należy do gigantów. W maratonie wystartowało 129 osób, w połówce niecałe 400, podobnie jak w biegu na 10km (a dokładniej w „ćwiartce” maratonu).

Biegł ze mną Andrzej, prezes naszego klubu:). Andrzej ma życiówkę w połówce 1:24, a jego życiówka w maratonie oscyluje wokół 3h, w związku z czym od samego początku sugerowałam mu, żeby biegł przodem i nie czekał na mnie, bo się zanudzi… On jednak twardo trzymał się przy swoim i towarzyszył mi do ostatniego kroku. I jestem mu za to przeogromnie wdzięczna, bo prawdę mówiąc, gdyby nie jego towarzystwo i wsparcie na trasie zdecydowanie łatwiej byłoby mi się poddać.

Pierwsze kilometry trzymaliśmy się tempa około 4:30 na kilometr. Co prawda pożyczony Garmin z jakiegoś powodu przestał pokazywać tempo, ale biegliśmy zgodnie z moją rozpiską międzyczasów. Papier nigdy się nie myli! Kiedy brakowało 15 czy 20 sekund uparcie przyspieszałam, żeby nadrobić stracony czas. I tak do około 8km. Wtedy Andrzej zapytał jak się czuję (być może już wtedy zwalniałam?). Jak sie czułam? Koszmarnie. Przebiegłam tylko trochę ponad 1/3 trasy i czułam dreszcze na całym ciele. Słońce paliło niemiłosiernie, temperatura na pewno przekraczała 30 stopni w cieniu a mi było zimno! Efekt odwodnienia? Hipoglikemii? A może po prostu przegrzania organizmu? Nie wiem. Nie myślałam o tym. Pomyślałam tylko, że to nie wróży nic dobrego. Ale biegłam dalej. Pierwsza pętla za nami i… świadomość co mnie jeszcze czeka… długi odcinek żwirowej drogi, podbieg, zakręt, długa prosta zupełnie w słońcu… Andrzej kilka razy spytał czy chcę zwolnić. Nie chciałam, ale chyba moje nogi zwalniały już samoistnie bo traciliśmy kolejne sekundy z wypisanych przeze mnie międzyczasów. W okolicach 12 kilometra po kolejnym pytaniu o to jak się czuję powiedziałam Andrzejowi, że chyba zejdę z trasy. Powiedziałam to, a w głowie już kotłowały mi się myśli, że przecież nie po to jechałam taki kawał drogi, żeby się poddać, że przecież… ja się nie poddaję. I biegłam dalej. Nie patrzyłam na czas, na zegarek, na nic. Bo zależało mi już tylko na tym, żeby po prostu ukończyć bieg. W jakimkolwiek czasie. Później już Andrzej nie pytał jak się czuję, bo doskonale znał odpowiedź:) Za to przy kolejnych tabliczkach z oznaczeniami kilometrów mówił mi ile km zostało. Dobrze, bo w okolicach 16-go kilometra niebardzo widziałam już te tabliczki! Ostatnie cztery kilometry wspominam jako największy koszmar. Powtarzałam sobie w głowie, że przecież… przetrwałam trwający 10 godzin poród więc przetrwam te kilkadziesiąt minut biegu. Głupie porównanie, ale w skrajnych sytuacjach głowa myśli skrajnie…

Dobiegłam na metę, oparłam się o barierkę i osunęłam się na ziemię. Tego miałam nie pisać, bo niebardzo jest się czym chwalić. Ale ponieważ był to efekt mojej własnej głupoty postanowiłam jednak o tym wspomnieć, powiedzmy, ku przestrodze. Nie straciłam przytomności, ale dojście do siebie zajęło mi sporo czasu. Nogi zupełnie odmówiły mi posłuszeństwa. Po raz pierwszy poczułam jak to jest po biegu „słaniać się na nogach”. Widziałam takie obrazki na różnych imprezach, ale zawsze wydawało mi się to jakieś takie… nierealne. Teraz wiem, że jest najbardziej realne i to u zupełnie zdrowej osoby. Wystarczy ignorować punkty z odżywkami i wodą biegnąc w ponad 30-o stopniowym upale (na całej trasie wypiłam jedynie niecałe 300ml własnej wody z odrobiną miodu i cytryny) Wracając do mojego „samopoczucia” po przekroczeniu linii mety nie mogę nie wspomnieć, że zaplecze medyczne imprezy w Chemnitz prezentowało żałosny poziom. Sanitariusz kilkakrotnie sprawdzał mój puls, mówił do mnie coś po niemiecku (nie znał słowa po angielsku), a co „najlepsze” na mecie biegu przez ponad 15 minut nie mogłam się doprosić o nic co zawierało cukier (w jakiejkolwiek postaci!) Moi znajomi z klubu w końcu zdobyli sok jabłkowy, a kolega, który zorientował się co się dzieje poczęstował mnie tabletką glukozy. Poczułam się trochę lepiej:), a jeszcze lepiej poczułam się po sprawdzeniu informacji, że dobiegłam na metę jako pierwsza kobieta! To dopiero było zaskoczenie! Wygrałam półmaraton. Tego zupełnie się nie spodziewałam.  

Czas na mecie 1:41:21 brutto (1:40:36 netto) zdecydowanie nie jest moją życiówką, ani tymbardziej jakimś mistrzostwem świata. Wiem dobrze, że gdyby organizator zapewniał nagrody pewnie do Chemnitz przyjechałyby dużo lepsze biegaczki (nawiasem mówiąc był to pierwszy bieg w moim życiu, w którym nie było żadnych nagród!) Mimo to informacja o pierwszym miejscu była uskrzydlająca po tym nieludzkim wysiłku, który sobie zafundowałam. Biorąc pod uwagę fakt, że jestem amatorką i mamą rocznego dziecka, a na trasie miałam ogromne wątpliwości czy w ogóle ukończę bieg, uważam ten wynik za rewelacyjny:) To moje zwycięstwo – nad moimi słabościami, nad samą sobą. A że przy okazji wyszło z tego zwycięstwo w ogóle… tym lepiej. Jedno jest pewne – tego biegu długo nie zapomnę. To była lekcja – biegania w upale i… pokory. A poza tym ogromna satysfakcja, że jednak dałam radę. Wniosek? Zwycięstwo siedzi w głowie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: