Ciąża to nie choroba, ale… „oszczędzaj się”, „nie pij kawy”, „nie ćwicz z ciężarami”, „nie biegaj” i nie rób całej listy innych rzeczy…

W kontrze do popularnego stwierdzenia, że „ciąża to nie choroba”, lista rzeczy, których nie powinno się rzekomo robić kiedy oczekuje się dzidziusia jest naprawdę zadziwiająco długa! I fakt, że mamy XXI wiek wcale nie oznacza, że nagle wszyscy stali się tacy postępowi. Nawet jeśli przyszła mama dysponuje odpowiednią wiedzą i wie, na przykład, na ile może sobie pozwolić treningowo, to nie wystarczy, żeby mieć święty spokój! Z chwilą kiedy Twój brzuch zaczyna być widoczny wokół pojawia się, ni stąd ni zowąd, całe mnóstwo znawców tematu, cioć dobra rada i innych ekspertów, którzy wiedzą najlepiej co powinnaś, a czego nie…

Jeśli więc weźmiemy pod lupę aktywność fizyczną to okazuje się, że powszechnie dopuszczalne jest spacerowanie, ćwiczenia grupowe dla mam i ewentualnie basen (ale, że baseny zamknięto, a zajęcia grupowe w dobie pandemii są „bardzo niebezpieczne” to zasadniczo kobieta ciężarna powinna ograniczyć się do spacerowania). Biegasz? Zapewne na którymś etapie usłyszysz pytanie: Czy aby na pewno możesz? / Nie przesadzasz trochę?/ Nie lepiej zaczekać do po ciąży? (co będą gadać wtedy to temat na osobny wpis)… Z rowerem jest podobnie. Usłyszałam nawet opinię, że od pedałowania na rowerze szosowym może w ciąży… pęknąć miednica. Hmmm

W zdrowej ciąży można wykonywać bardzo wiele ćwiczeń. Jest niewiele takich, które są niewskazane!

Trening siłowy z hantlami, kettlebell czy innymi ważącymi więcej niż 0,5 kg sprzętami to osobny temat. Nawet na siłowni kobieta z brzuchem ćwicząca z ciężarkami wzbudza zainteresowanie, a przecież spotykają się tam osoby aktywne i pracują TRENERZY, którzy powinni wiedzieć coś w temacie. Niestety, z doświadczenia wiem, że nie wszyscy wiedzą. Przepraszam za generalizację, ale 20-o letni umięśniony macho-trener z powodzeniem prowadzący treningi z facetami, którzy chcą sobie „zrobić bicka” czy umalowana lasencja-trenerka pomagająca kobietom „zrobić pupę” potrafi wykazać się naprawdę brakiem jakiejkolwiek wiedzy o zdrowym treningu kobiety ciężarnej. Ok, nie trzeba być ekspertem w każdej dziedzinie. Szkoda tylko, że jak nie pójdziesz na tą siłownię uzbrojona w potężną dawkę wiedzy i doświadczenia to… w większości przypadków nie masz co liczyć na sensowną pomoc… Jesteś inna. Niby „nie chora”, ale lepiej uważaj, nie przemęczaj się (najlepiej w ogóle nie trenuj, bo a nuż coś sobie zrobisz i będzie problem…). Mam dobrze, że sama jestem trenerką. Z wiedzą i z doświadczeniem, bo jestem na finiszu swojej drugiej AKTYWNEJ ciąży (nie, nie chodzi o to, że chcę się przechwalać, ale serio trochę wiem na temat ćwiczenia w ciąży więc śmiało możecie pytać w razie potrzeby :))

Jako, że siłownie też pozamykali nasi mądrzy rządzący uznając je za miejsca szczególnie niebezpieczne w dobie pandemii, pozostał nam trening w zaciszu własnego domu (swoją drogą ten kto wymyślił to określenie z całą pewnością nigdy nie przebywał w domu z dziećmi ha ha) lub trening na zewnątrz. Niełatwe to wyzwanie dla tzw. większości, bo wymaga mobilizacji, motywacji i sporego uporu żeby robić to regularnie mimo wszystkich bodźców wokół, które mogą potencjalnie zakłócać trening. Co więcej – jeśli są w domu obserwatorzy to przecież mają pełne prawo komentować. Bardzo możliwe, że usłyszysz, że „tego raczej nie powinnaś”. Albo zostaniesz obrzucona mówiącym wszystko spojrzeniem. Tak bywa często. U mnie w domu szczęśliwie jest sportowo (i nikt tu nie jest „normalny” jeśli chodzi o standardy) więc nikt się nie wtrąca w moje treningi. Poza tym zostałam obdarzona zaufaniem – mój M wie, że ja wiem co robię.

Triathloniści – u nas aktywność jest na początku listy priorytetów!

Kiedy jednak zapytana poza domem przez inne osoby z rodziny mówię, że ćwiczę zrozumienia już raczej jak na lekarstwo mimo, że przecież wszyscy wiedzą, że trenuję (intensywnie) od ponad 20 lat i jestem trenerem! Prowadzić treningów też „nie powinnam” i na nic się zdało tłumaczenie, że przecież nie biegam w tej ciąży z klientami i nie skaczę podczas zajęć tylko siedzę i nadzoruję… Trening to trening – na pewno jest bardzo męczący i w ciąży niewskazany…

Treningi w plenerze za to budzą wielkie zainteresowanie otoczenia. Ileż to poznałam ostatnio ludzi i opinii tylko dlatego, że… ćwiczę na siłowni zewnętrznej z wykorzystaniem kettlebell i taśm TRX – „Pani to nie za mocno trenuje?/ „nie za bardzo się męczy?”/ „spokojnie spokojnie, trzeba oddychać, odpocząć…” (to ostatnie jak po serii przysiadów zasapałam się trochę – tak zdrowo, wiecie…). Normalnie nikt by się nie odezwał – ćwiczyłam 10 x bardziej intensywnie przed ciążą i nie usłyszałam słowa. Wystający brzuch uprawnia jednak wszystkich wokół do komentowania i dodawania swoich pięciu groszy! Oddając sprawiedliwość światu – nie chodzi o to, że zawsze jest to komentarz karcący. Czasem ktoś wyrazi słowa uznania czy podziwu dodające otuchy czy motywacji. Fakt jest jednak faktem – z brzuchem nie jesteś incognito. Jesteś obiektem zainteresowania. Trochę jak małpka w zoo…

Brzuch ciążowy + ciężary – to wciąż budzi kontrowersje!

Jako, że ten blog jest o treningu to ograniczę się do tych aspektów. Pozostałe obejmują mnóstwo innych kwestii, z których niektóre mają sens faktycznie, a inne są jedynie mitem powtarzanym z ust do ust. Prawda jest taka, że w ciąży, która nie jest chorobą, nie można robić naprawdę wielu rzeczy. Aż chciałoby się zapytać jak to jest naprawdę? Choroba czy nie choroba?

Zawsze mnie irytowało, że wszyscy wokół wtrącają się w życie kobiety w ciąży. Wszyscy też wiedzą z całym przekonaniem, że robiąc inaczej niż „powinnaś” nie myślisz o dziecku, ale wyłącznie o sobie; wiedzą jaki rodzaj porodu jest dla Ciebie najlepszy – koniecznie powinnaś rodzić naturalnie (nieważne, że może przerabiałaś i wiesz, że nie jesteś w stanie). Twoje piersi nagle przestają być intymnym atrybutem kobiecości, a stają się obiektem rozważań czy aby na pewno będziesz nimi karmić swojego dzidziusia (bo jak nie to bardzo, bardzo źle, bo przecież karmienie naturalne to odporność, zdrowie i przejaw matczynej miłości). Tutaj zaraz pojawi się kolejna rzesza ekspertów, którzy będą prawić co możesz, a czego absolutnie nie możesz jeść kiedy już karmisz tą piersią. Wiem, przerabiałam, przy pierwszej córce. I… bez pardonu ignorowałam wszystkie zalecenia jedząc wszystko na co tylko miałam ochotę…

„Tylko góry mogą dyktować mi warunki” – tekst na mojej bluzie jest jak motto!

Teraz też robię swoje – trenuję po swojemu z obciążeniem 6-kilogramowym; trenuję tak jak mogę i tyle ile mogę; wchodzę do wanny pełnej bardzo ciepłej wody (bo to naprawdę przynosi ulgę po całym dniu targania przed sobą ciężkiego brzucha); regularnie maluję paznokcie lakierem hybrydowym (bo lubię!); piję potrójną kawę (z kofeiną!) codziennie do śniadania, a od czasu do czasu skradnę kilka łyków wina podczas kolacji. Żyję po swojemu i nie pozwalam ingerować innym w moje decyzje „ciążowe”. Są moim prawem. Tak uważam. To ja jestem matką i jak każda matka od zarania dziejów wiem, co jest dla mojego dziecka bezpieczne, a co nie, prawda?

Spokój, radość i szczęście, które czujesz czuje także Twoje jeszcze nienarodzone dziecko. Tak samo będzie jak już urodzisz! Będą gadać (bo ludzie zawsze muszą coś tam gadać i się mądrzyć), ale kluczem jest po prostu robić swoje i nie dać sobie wmówić, że jesteś zła, bo to czy tamto. Bądź sobą i rób swoje. Peace.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: