TROCHĘ WIĘKSZA SZCZYPTA SZALEŃSTWA na XII Biegu Rzeźnika – fotorelacja

Bieg Rzeźnika za mną. Impreza kultowa wśród biegaczy ultra. Nasza drużyna „Trochę wieksza szczypta szaleństwa” zameldowała się na mecie po 14 godzinach i ok 42 minutach. Może dla niektórych to wynik bez szału, ale dla nas to sukces pełną gębą. Rety – naprawdę się udało! A pomyśleć, że jeszcze z półtora miesiąca temu byłam o krok od wycofania się z tego startu! Powodów było wiele: 3 miesiące przerwy w bieganiu; 4 badania diagnostyczne, które miały wyjaśnić co się dzieje z moją stopą, a które nie wyjaśniły nic; ponad 20 sesji fizykoterapii; podły ból, który nie chciał odpuścić… W kontrze tego wszystkiego była determinacja żeby się jednak nie poddać, godziny spędzone na siłowni na robieniu pompek i wzmacnianiu mięśni całego ciała i szczypta szaleństwa w środku, która nie pozwoliła mi się wycofać. Na półtora tygodnia przed Rzeźnikiem zmieniłam biegowego partnera – a dokładniej – wymieniliśmy się partnerami. I dobrze wyszło, bo nam z Witkiem ostatecznie biegło się świetnie razem, a nasi wcześniejsi partnerzy pognali razem i ukończyli godzinę przed nami.

Na trasie nie obyło się zupełnie bez kryzysów, ale mieliśmy dobrą taktykę i ukończyliśmy w dobrych formach. Tym razem bez wielkiego rozpisywania się – przed wami krótka fotorelacja:

Pakowanie się na wyjazd w Bieszczady zajęło mi nieprzyzwoitą ilość czasu. Niby człowiek wykeżdża nie pierwszy raz, ale jakoś zawsze mam problem z ogarnięciem czy na pewno o niczym nie zapomniałam. Biegi ultra to logistyka!

Nasza drużyna „Trochę Większa Szczypta Szaleństwa” gotowa do boju! Nieskromnie zauważylismy, że chyba tylko my zrobiliśmy sobie koszulki SPECJALNIE na okoliczność wspólnego startu w Rzeźniku:)

Czekanie po odbiór pakietów trochę trwało – tylu było zapisanych na bieg. Organizacja jednak super:) Czekanie umilała muzyka i wydarzenia dochodzące ze sceny. Ja też miałam swoje spontaniczne 5 minut w temacie książki:)

Odprawa przed biegiem o zachodzie słońca. W powietrzu dało się wyczuć napięcie…

00:30 – pobudka. O 1:30 z Cisnej odjeżdżały autobusy do Komańczy. Spaliśmy tylko 3 godziny. To jest chyba dla mnie najtrudniejsze w biegach ultra – od zawsze bardzo źle znoszę zarwane noce. Tym razem cierpiałam bardzo na początku biegu – był nawet moment grozy kiedy przemknęło mi przez myśl, że trzeba bedzie odpuścić już na pierwszym przepakuj Cisnej…

Komańcza przed 3 nad ranem. Muzyka, gwar i tysiące ludzi w przedstartowej euforii… Start w świetle reflektorów, a po chwili już tylko ciemny szlak, księżyc na niebie i tysiące czołówek oświetlających drogę. Biegi ultra mają to „coś” czego na próżno szukać na innych zawodach.

Wschód słońca na szlaku. Dla takich widoków warto biec przez noc…

Poranek… dopiero kiedy zrobiło sie jasno poczułam się wyraźnie lepiej i zaczęłam powoli się rozkręcać. Momentami trudno było wyprzedzać tak wąskie były ścieżki…

Pierwszy przepak – Cisna. Ok 30km trasy. W pełnym skupieniu szykujemy się do dalszej drogi:) Kijki dozwolone były dopiero od tego momentu.

?

56km. Przepak drugi – Smerek. Nadal czuję moc! Smerek – przepak. Tutaj były kanapki i zupa pomidorowa. Byłam głodna i rozsądek nakazywał zjeść. Niestety po jedzeniu miał nastapić „żołądkowy” kryzys, który minął dopiero godzinę później na szlaku. Dlaczego u mnie duet bieganie-jedzenie nie współgra?

Widoki wynagradzały nam trudy…

Wdrapaliśmy się na połoninę. Jeszcze podejście? Ależ tak! W radosnych nastrojach:) Widoków z drugiej połoniny (Caryńskiej) nie uwieczniłam na zdjęciach, bo… to był etap, na którym miałam już gdzieś widoki. Tam przyszedł kryzys. Przypominała o sobie stopa, a kamienie na ścieżce boleśnie się w nią wbijały. Wiatr chciał nas zdmuchnąć z góry, a słońce nieubłaganie paliło… kolejną godzinę…

Na dowód tego, że za metą byłam całkiem przytomna (i w dobrej formie:)) – przypomniało mi się, że zapomniałam wcześniej sfotografować paznokcie pomalowane specjalnie pod kolor stroju i butów 🙂

Medal XII Biegu Rzeźnika. Bezcenna pamiątka!

Za metą czułam się dobrze, a już kilka chwil później po krótkim odpoczynku, wręcz doskonale. Aż trudno w to uwierzyć, ale po 78 km przez Bieszczady czuję tylko lekki ból mięśni. Stopa przestała boleć! Najwyraźniej bieszczadzkie klimaty mi służą:) A może w ogóle górskie? Bieg Rzeźnika faktycznie ma niepowtarzalny klimat. Atmosfera luzu, wszędobylska muzyka i bieszczadzkie piwo, setki uśmiechniętych od ucha do ucha ludzi w zabawnych dla przypadkowego obserwatora ubiorach, koszulki z najróżniejszych imprez ultra, zew przygody  i wielka biegowa radość…

Wspomnienia jeszcze mam świeżutkie, a tymczasem za 4 tygodnie… Maraton Gór Stołowych a więc kolejna górska przygoda:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: