Pokonać słabość, przekroczyć granice… czyli International Goral Marathon 2014.

Jedna z pierwszych rzeczy jaką robi się po wstaniu z łóżka to wizyta w toalecie. Ot, taka codzienna prozaiczna, ludzka czynność. Czy kiedykolwiek mieliście problem z tym, żeby usiąść na sedesie? Jeśli tak to pewnie macie za sobą bieg górski lub ultra albo maraton po płaskim (do którego podeszliście średnio przygotowani)… A jeśli nie to… wszystko przed Wami:). Ostatnia noc była niełatwa ponieważ budziłam się za każdym razem kiedy chciałam zmienić pozycję ciała. Ból. Czysty, przeszywający ból, który najpierw mnie budził, a po chwili przypominał mi o… zwycięstwie i uspokajał pozwalając znowu zasnąć… Od chwili kiedy przekroczyłam linię mety Goral Marathonu minęła ponad doba a w dalszym ciągu chodzenie sprawia mi niemałą trudność, a przy siadaniu muszę pomagać sobie rękoma:) Trochę zabawne uczucie…

Dałam z siebie wszystko. Do ostatniej kropli potu, do ostatniej minuty. Co czuję? Ogromną satysfakcję. Radość wynikającą ze świadomości posiadania całkiem niezłej formy. I respekt – przed górami, które przypomniały mi o swojej wielkości chociaż to „tylko” Beskidy…

Na trasie. 3 sekundy na zdjęcie i napieramy dalej…

Na satysfakcję trzeba było zapracować. Do startu podeszłam z nastawieniem „zobaczę ile dam radę”. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Trasa miała liczyć 50 kilometrów maraton miał być górski i… tyle wiedziałam. Dzień przed wyjazdem do Istebnej wyczytałam gdzieś na Facebooku, że na trasie jest sporo asfaltu. Oprócz butów stricte górskich spakowałam szosówki (pośrednich nie posiadam w mojej licznej kolekcji obuwia sportowego, ale coś czuję, że wkrótce to się zmieni:)). Wyjazd był „na wariata” mimo, że start w Istebnej zaplanowałam dość dawno temu. Na półtora tygodnia przed wyjazdem okazało się jednak, że mój znajomy nie jedzie i zostałam bez transportu. O jechaniu samochodem na własną rękę nie chciałam myśleć (przypominając sobie moje samopoczucie po zeszłorocznym maratonie górskim w Szczawnicy). Ostatecznie udało mi się wszystko poukładać…

Trójstyk czyli u zbiegu Polski, Czech i Słowacji

Kiedy w piątek po 18- ej poszłam odebrać pakiet startowy do biura zawodów na Trójstyku (miejsce, gdzie zbiegają się granice Polski, Czech i Słowacji) okazało się, że nie ma żadnej szkoły, gdzie można nocować (a miała być). Po środku polany organizatorzy rozstawili kilka dużych namiotów i… to było wszystko. Rozpalono palenisko i ktoś zaczął szykować coś do jedzenia.

Specyficzna atmosfera biegu… tak mogło być tylko w górach…

Klimat był wciągający, ale perspektywa braku prysznica i w ogóle wody w jakiejkolwiek postaci przez ponad 2 doby przy temperaturze oscylującej wokół 30 stopni nie przekonała mnie do nocowania w namiocie. Uwielbiam spać w namiocie, lubię się zmęczyć, mogę się sciachrać od stóp do głów i ubrudzić w bocie i kurzu, ale potem muszę się wykąpać, umyć ręce i zdjąć soczewki kontaktowe:). Zapytałam więc o możliwość noclegu w ośrodku położonym około kilometra w górę od Trójstyku, w Jaworzynce. Dostałam przyzwoity pokój z łazienką w bardzo przyzwoitej cenie.

Na chwilę przed odprawą na Trójstyku

Około 20-ej była odprawa zawodników. Mimo, że biegi odbywały się na 5 dystansach od minimaratonu (6km) przez półmaraton, maraton do biegów ultra na 75 i 90km podczas odprawy mówiono praktycznie tylko „do ultrasów”. I mówiono po słowacku:). Większość udało mi się wyłapać. Kilka słów przetłumaczyła pani wygladająca na współorganizatorkę. Ale trudno powiedzieć, bo w biurze zawodów od początku do końca panował klimatyczny, absurdalny wprost chaos informacyjny. Po konsultacji z kilkoma osobami zdecydowałam się biec w butach szosowych, bo zapowiadało się sporo asfaltu.

Przed startem można było napić się herbatki:)

Start o 9 rano. Bardzo ciepło. W głowie spokój. Zrobiam kilka zdjęć, trochę „przeraziło mnie” pierwsze 500m biegu szosą pod górę, ale w końcu to bieg górski! Wystrzał i ruszyliśmy. Razem maraton, półmaraton i minimaraton. Na numerach startowych każdy miał napisane jaki dystans biegnie i oprócz tego namalowany profil swojej trasy wraz z zaznaczonymi kolorami szlaków.

Przed startem…

Starałam się nie wyrywać za bardzo do przodu, ale też nie wlec noga za nogą. W końcu chciałam sprawdzić „do czego jestem zdolna i w jakiej formie jestem 2 miesiące przed debiutem w górskim ultra na 100km”. Więc cisnęłam do przodu. Po kilku kilometrach podbiegł do mnie jakiś biegacz i zapytał co biegnę „maraton czy półmaraton”. Maraton – rzuciłam i dodałam, że może biegnę za szybko… W końcu nie minęliśmy jeszcze 10-ego kilometra, a ja na płaskim odcinku leciałam w tempie ok 5min/km. W górach. Zaczęło mnie ściskać w żołądku więc nie zwalniając tempa wyciągnęłam z plecaka no-spę i połknęłam tabletkę. „Tylko nie powtórka z Berlina…” – przemknęło mi przez myśl…

Robienie zdjęć w biegu mi nie szło. Upał i zmęczenie dawało się we znaki…

Gorąco coraz goręcej… słońce paliło na otwartch przetrzeniach gdy wspinaliśmy się szybkim marszem pod górę. Trochę bardziej płasko – bieg, na zbiegach wyraźne przyspieszenie. Momentami z trudem znajdowałam bezpieczne oparcie dla stóp. Asfaltu faktycznie było sporo i cieszyłam się, że nie mam na nogach butów z agresywnym bieżnikiem, ale szosówki momentami były „zbyt delikatne”. Nie przejmowałam się. I nie odpuszczałam. Zero przystanków – nie licząc krótkich postojów na punktach żywnościowych – na tyle, żeby uzupełnić bidony wodą i chwycić kawałek arbuza czy banana. Trasa przebiegała przez Czechy, Słowację i Polskę, co zdecydowanie dodawało uroku całej imprezie. Fajnie bylo biec przez wioski rozrzucone w górach wśród szlaków…

Z Karolem na punkcie żywieniowym. Nie dawaliśmy sobie za dużo czasu na odpoczynek…

Większość trasy pokonaliśmy wspólnie z nowo poznanym kolegą – Karolem. Jego bukłak z wodą pękł i wszystko się wylało; ja miałam bidon i butelkę więc butelkę oddałam jemu. W tym upale bez wody przedzierać się przez góry to było by chyba zabójstwo, a punkty odżywcze były rozłożone mniej więcej co 10km, więc pół litra płynu jakoś wystarczało… Razem biegło nam się dobrze. Czasem rozmawialiśmy, czasem nie mówiliśmy nic (ja zaciskając zęby ze zmęczenia:)). Wzajemna motywacja na trasie potrafi zdziałać cuda! Mniej więcej od 35-go kilometra było mi naprawdę ciężko. Bolało mnie już chyba wszystko. Na przedostatnim punkcie odżywczym widok kawałków pomarańczy i cytryn wywołał we mnie niemal ekstazę. W życiu nie jadałam czegoś pyszniejszego (nie licząc banana z dodatkiem… soli z wcześniejszego punktu:))

Bardzo krótki postój na foto nad autostradą. Pokusa posiedzenia na barierce była ogromna…

Powoli, byle do przodu… I pewnie takie nastawienie miałabym do końca tego biegu, gdyby na 5km przed metą nie dogoniła mnie inna biegaczka. Jej „będziemy musiały się ścigać” podziałało na mnie… cóż… wyjątkowo motywująco. Prawdę mówiąc nie spodziewałm się ani trochę, że na tym etapie będę w stanie wykrzesać z siebie jeszcze tak wiele (ani w ogóle cokolwiek poza jękiem:)). Wyprzedziła mnie na ostrym asfaltowym zbiegu. Karol stwierdził, żebym biegła do przodu jeśli mam siłę. „Czy mam siłę?” – NIE! Ale pognałam w dół próbując nie stracić dziewczyny z oczu. Biagła z partnerem. Uciekali szybko; do momentu. Potem to ja uciekałam ostatkiem sił wspinając się na kolejną górę. Przede mną były jeszcze dwa niemałe podejścia i zbiegi wykańczające mięśnie nóg…  Byłam pewna, że depczą mi po piętach, ale nie miałam siły się odwrócić. Wiedziałam tylko jedno „ nie poddam się bez walki”; przez tyle kilometrów nie wyprzedziła mnie żadna kobieta, więc się nie poddam:).

Ostatnie metry podbiegu, znajome skrzyżowanie i… długi zbieg po asfalcie aż do mety. Pędziłam przed siebie nie mając pewności czy za chwilę się nie przewrócę – tak bardzo bolały mnie nogi. Zakręt na łąkę, kilkanaście metrów, meta. I ogromne wzruszenie. Zrobiłam to. Udało się. Czas 5h 50 min (i 12 sek wg mojego zegarka). Wyszło nie 50, ale 1,5km mniej. Ale to nieważne. I tak nie mogam w to uwierzyć. Że złamałam 6h na tej trasie w górach. I że dobiegłam na metę jako 3 kobieta. Radość. Ogromna – z zasakującego miejsca też, ale przede wszystkim z tej mocy którą z siebie wykrzesałam. Kilka chwil później na metę wbiegła moja „rywalka”, niedługo później Karol. 

Za metą! Udało się. Złamane 6h. I to z zapasem:)

Zwycięstwo kosztowało mnie dużo. Przekroczyłam granice mojej wytrzymałości, a przynajmniej tak mi się wydawało. „Jesteśmy silniejsi niż nam się wydaje”, „Jeśli Twoje nogi nie mają siły – biegnij głową” – te wzniosłe teksty czytałam tyle razy. Pisałam je sama wiele razy. Doświadczyłam tego już wcześniej – w Sochaczewie na półmaratonie walcząc z kolką, w Chemnitz na półmaratonie walcząc z upałem, w Berlinie na maratnie walcząc… ze wszystkim:)). Teraz w górach – to miało jeszcze inny wymiar. Góry uczą respektu. To nie tylko kilometry, które same z siebie potrafią dać w kość. To kwestia pokonania słabości, które góry wyzwalają. Tu zaskakuje sam teren, podłoże, ukształtowanie, wszystko. A nagrodą jest zachwyt nad pięknem tego, co stworzyła natura. Tego nie ma w mieście, tego nie znajdziemy na żadnym „zwykłym” biegu. Żeby tego doświadczyć trzeba się sporo namęczyć… wspinając do góry…

Zaskoczona III miejscem w OPEN kobiet:)

Perspektywa pokonania dwa razy takiego dystansu w jeszcze trudniejszym terenie… – to dopiero budzi we mnie respekt. Z drugiej strony – coraz bardziej wierzę we własne możliwości, w siłę – nawet nie tą fizyczną, nad którą mam szansę jeszcze trochę popracować, ale tą pochodzącą ze środka. Strach jest po to żeby go przełamywać…

Po biegu można było zjeść (bardzo kwaśny!) kapuśniak i napić się piwa.

Karol – dziękuję za wspaniałe towarzystwo i motywację. Do zobaczenia gdzieś na trasie (7 Dolin we wrześniu :), może znów pobiegniemy kawałek razem:))

Podziękowania dla Agaty za transport do Istebnej oraz dla Zbyszka i Eli za wspólne zwiedzanie i odwiezienie mnie do Łodzi:)

Mój maraton w liczbach:

Najszybszy kilometr: 4:33min/km

Średnie tempo 7:15min/km

Łączne przewyższenie: 1785m

Spalone kcal: 3819(o ile można wierzyć technologii:))

Miejsce wśród kobiet: 3

Miejsce w ogóle: w pierwszej 30-tce!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: